To ja

.

niedziela, 20 listopada 2011

pewne rzeczy

Pewnych rzeczy nie można przeżywać samemu, pewnych rzeczy nie chcemy przeżywać wcale. Wybiegłam z domu, wszystko zaczęło wrzeć. Kipieć. Nie myślałam. Nie chciałam myśleć wcale. Nie płakałam. Biegłam. Tym razem nie zahaczyłam się o jakiś korzeń wystający z zimnej równiny. Nie bałam się, choć ciemność wnikała w ciemność. Jak małe dzieci rzucają się na pierwszy biały puch, chcąc odkształcić swoją sylwetkę na śniegu nazywając to aniołem, tak jak rzuciłam się na zimny grunt. Zabolało. Nie wiem czy fizycznie czy psychicznie. Nie chcę wiedzieć. Lubię uciekać. Niewiedza jest bezpieczna. Jest pusto i bezpiecznie. Kiedyś siedzenie na strychu było ucieczką od zgiełku czegoś co zdecydowanie zaliczało się do złego. Był czerwiec, małe okienko zawsze było otwarte a i tak było parno. Siadałam pod wielką szafą, która zajmowała jedną ze ścian, chowałam głowę w kolana i myślałam.Nigdy bym się nie spodziewała, że dojdę aż tu. I przepraszam siebie sprzed trzech lat, że sama dla siebie jestem takim potworem, takim kłamliwym potworem. I naprawdę, nie mam ochoty już budować pięknych metafor, mam ochotę uderzyć własną głową o stół. I nie umiem Wam tego podkreślić jaką w tym momencie złość czuję do samej siebie. Mam ochotę zafundować sobie najgorszą karę. Szkoda mi siebie. Już nie mam gdzie uciekać. Sama przed sobą. O paradoksie.
Wróciłam, obejrzałam po raz dwusteny 'stowarzyszenie wędrujących dżinsów'. Chyba chciałam zobaczyć co się zmieniło. Wrócić wspomnieniami? Nie wiem. Może. Może cos zweryfikować. Może. K, zawsze była utożsamiana z Leną. Piękna, ale nieśmiała. Mądra i nie do końca znająca swoją wartość. E natomiast to połączenie Carmen i Tibby. Skrywanie siebie by się odkryć na pokaz i emocje, których nigdy ukryć nie potrafiła. Ja? Ja nigdy nie byłam utożsamiana z kimś konkretnym. Miałam w sobie spontaniczność i energię Bee, nieśmiałość odziedziczyłam po Lennie, coś co E i K nazywały duszą artysty miałam po Tib, a po Carmen to, że to ja byłam kronikarką. Właściwie tylko pod tym względem łączę mnie z EiK z tym filmem. Coś co nas łączyło nie istnieje, jest zapisane na kartkach i wiele bym dała by móc to odczytać. Dla siebie. Zdecydowanie dla odkrycia w Sobie Bee, Len, Tibb i Carmen. I ich pozywtynych cech. Oglądałam ten film i zobaczył w nim Was. Tak, Ciebie też. Zobaczyłam Wasze emocje, sytuacje, których do tej pory nie rozumiałam. I tu mam na myśli konkretną postać. Fragment gdy babcia Len mówi: "Rodzina to największy skarb... Gdy ją stracisz, dopiero wteyd możesz powiedzieć jestem sam..." - przepłakałam jak zresztą połowę filmu. Gdy 12-letnia Bailey umiera, a razem z nią część Tib, zrozumiałam coś, czego do tej pory ogladając ten film nie rozumiałam. Patrzyłam na niego tylko jak ja, E, K i nasza Bluzka, któa tak naprwdę podzieła nas na 2 plus 1, co zresztą widniałą od zawsze. I nie, nie boli mnie już to. Właśnie to chcę podkreślić. Ten film w jakiejś tam cząstce przestał byś symbolem. Choć cięzko do niego wracać. Ale wspomnienia bolą. Z czasem się można do nich przyzwyczaić, a czasem, tak jak ja zupełnie zapomnieć. I zacząć utożsamiać z terażniejszością. Dobranoc

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz